Nie jesteś zalogowany

Posty z kategorii: "RIO"


Szwed's not dead, czyli wiking w RIO

2010-06-09 13:15:30

ragnar.JPG


Jak tak chodzę po świecie i się rozglądam - a chodzę po świecie i się rozglądam - to mi się wydaje, że jakiś durny hajp na kapele z miejsc, gdzie roczna amplituda temperatur wynosi nie za bardzo, powoli minął. I dobrze, bo te Orlendy Oye, Mumy i inne gówna ciężko się wymawia. W ogóle uważam, że tamtejszymi językami, szanujący się człowiek by się nie chciał porozumiewać. Takie rozkminki dzikich ludzi.

Wskutek tego, że hajp uwiądł jak sprawność kończyn paralityka, nie wykazując się koniunkturalizmem, można dać coś szwedzkiego na NJD. Pamiętacie ich? W latach 80. wylansowali megaprzebój Final Cuntdown, a od tego czasu ich forma tylko wzrosła! Tak, chodzi oczywiście o... a chuja tam, właśnie w ogóle o nich nie chodzi. Tak mnie tydzień temu natchnął Stig swoją płytką Shub-Niggurath (której nikt nawet pewnie nie raczył zassać - a wszak wiadomo, że pokorne cielę Czarną Kozę z Lasu z Tysiącem Potomstwa ssie), że aż postanowiłem przeszukać swoje archiwa w poszukiwaniu fajnych rzeczy z nalepką RIO. I znalazłem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Szwedzi jacy są, każdy widzi. Zgniłego rekina, może nie jedzą, jak ich sąsiedzi, ale za to marchew jest u nich owocem, wszyscy mężczyźni to świńscy blondyni z oczami położonymi za blisko siebie, a kobiety wyglądają, jakby pół genomu dzieliły z koniem. Właściwie 99% bo pół to może i każdy człowiek dzieli. Ja się tam nie rozeznaję. Rogów na hełmach nie mieli, ale i tak pływali po Morzu Północnym dymając w dupala wszystkich naokoło, no i przy okazji stworzyli Rosję. Ruryk wszak wikińskie imię...

Czyli lubić ich nie sposób. Pokraczni są, nawet samoloty mają dziwne. Poza tym u każdego morda, jak negatyw fiorda. No i wydali na świat najbardziej złowrogi i ohydny projekt muzyczny w historii popu czyli ABBĘ. Tej, nie tylko jako odwieczny fan Bidżisów, nienawidzę z ekscentryczną wręcz siła, co skutkuje tym, że członkom owej życzę śmierci. Najlepiej z powodu ohydnych chorób skóry. Nie, nie przesadzam, konsumpcji dokonań tego zespołu nie ułatwia mi nawet fakt, że jestem sadomasochistą. Jak to mówią: "Lepiej prądem po brodawkach, niż mieć ABBĘ na słuchawkach"...

Jak się okazuje, nawet tak plugawy i parszywy naród, jak Szwedzi, może wydać na świat coś dobrego. Że dzieje się to z milenijną regularnością, to inna sprawa. I tak oto zrządzeniem przypadku w Szwecji właśnie na świat przyszedł Lars Jonsson, z niewiadomych przyczyn nazywający się Lach'nem. Szkoda, bo gdyby urodził się np u nas, może mógłby nagrywać z Romkiem Lipko, albo Urszulą. Do rzeczy jednak. Songs from the City of Decay jest całkiem niesamowitym przykładem dobrego awangardowego prog rocka. Awangardowego, czyli bez bezsensownych wirtuozerskich solówek na pycie, za to z atmosferą, niebanalnym zmysłem kompozycyjnym, pięknymi harmoniami i zaskakującym kontrapunktem. Gdzieś w jakiejś recenzji pewien Szwed spuścił nawet śmietankę, pisząc, że takiej muzyki świat nie słyszał od czasów chorałów gregoriańskich... Tak, juliańskich kurwa, zmiksowanych z negro spirituals i gamelanem. Nie zmienia to faktu że płytka jest arcyciekawa i na pewno jest jakimś głosem w dociekaniach, skąd to się biorą jakieś współczesne prog, czy post rockowe formy. Bo Jonsson porusza się całkiem sprawnie między fałszowaniem brzmień barokowych, ambientem, a chęcią zostania mroczną i bardziej zamyśloną wersją Tori Amos. Coś, jakby ją zgwałcili nie raz, a 200 razy i trzymali w piwnicy, jak u Fritzla. Co przy dzisiejszych temperaturach i wilgotności, może wcale nie byłoby takie nieprzyjemne. Indżoj. A ja idę żreć, bo wykonałem jedną z moich, podziwianych od Łeby po Lewant, zup jarzynowych. Z kalafiorem.

lachn.jpg


Lach'n Jonsson - 1989 - Songs from the City of the Decay


« wróć czytaj dalej »