2010-12-07 02:32:14
Kino nieme. Właściwie zapomniane. Dzisiaj, poza garstką fascynatów, spisujemy go na straty jak leci: bo wieje nudą, bo czarno-biała konwencja, bo trywialne fabuły, itd. A tymczasem, to kino żyje! Żyje dzięki muzyce! I to nie od wczoraj, bo podgrywającego tapera angażowano już od pierwszych publicznych pokazów u progu XX wieku.
Fakt, początkowo nie wynikało to z estetycznego zachwytu nad wartością sztuki samej w sobie, lecz z pobudek żenująco prozaicznych i błahych. W rezultacie czego, długo minęło zanim rozszerzono wymagania względem muzycznego akompaniamentu, poza oczekiwanie dotychczas wypełnianej utylitarnej powinności zagłuszania na przemian bądź wespół: turkocących projektorów, skrzypiących krzeseł czy innych niepożądanych odgłosów.
Szczęściem jednak, technika nam się na przestrzeni wieków rozwinęła a żywe muzyczne towarzystwo doczekało się należnego sobie szacunku. Z powodzeniem dziś możemy pominąć techniczne aspekty jego funkcjonowania (albo techniczne aspekty do zamaskowania) skupiając się na oddziaływaniu czysto artystycznym, emocjonalnym, może nawet kontemplacyjnym. A takiego w całej swej rozciągłości doświadczyliśmy dzięki zakończonemu właśnie w Krakowie Festiwalowi Kina Niemego (2-5 grudnia).
To wydarzenie, na które jeśli nie ze szczególnej ciekawości filmowej, to zdecydowanie "z ciekawości ucha" iść naprawdę warto. Z roku na rok, grono interpretatorów jest dobierane coraz sprawniej i odważniej stylistycznie, sięgając także po duże nazwiska spoza kraju. Tegoroczna edycja nie zawiodła oczekiwań, właściwie ciut nawet je przerosła, zwłaszcza jeśli chodzi o pokaz zamykający. Angażu energetycznych jazzmanów, flamenco czy indyjskiej egzotyki bowiem, można się było z racji hasła przewodniego („Spotkanie kultur") domyślić. Eksplozji finału również, konia jednak z rzędem temu, kto przewidziałby 5. grudnia duet Nils Frahm & Dustin O`Halloran !
I stało się. Wieczór iście magiczny i zaskakujący! Nie tylko ze względu na intymny charakter obcowania z instrumentem na żywo w ogóle (zwłaszcza fortepianami, do których mam szczególny, prywatny sentyment) ale także z uwagi na zmienną ostrość wyrazu. Na nic się zdało konstruowanie w głowie stylistycznej wypadkowej dotychczasowych poczynań muzyków. Niby wyczuwało się oddech właściwych im stylistyk, ale niespieszny, celowo wycofany. Elektroniczne doświadczenia Frahma odbiły się echem w krótkich i zdominowanych przez dysonanse wtrąceniach. Ten na swój sposób „przeszkadzający" charakter akompaniamentu idealnie dopełniał płynne ruchy O`Hallorana (głównego dowodzącego melodią) budując klimat tradycyjnych azjatyckich pobrzmień. Bez ulegania niebezpiecznej cepeliadzie, za to intrygująco wykorzystując zabiegi preparacyjne. W tym zwłaszcza, budzące zaciekawienie a zakrawające o awangardę pocieranie strun, i eksperymentalne wydobywanie drzemiących w fortepianach stuków i puków. Chwilami przed oczami stawały obrazy jak z „Pianomanii" Cibisa & Francka. Kipiącego ekspresyjnością Niemca (skądinąd nie tylko na scenie) równoważył spokój nostalgicznie ciągniętych fermat partnera. Płynnych, delikatnych, lecz nie marudnie rzewnych. Śmiałych, bo pewnie i władczo trzymających w garści uwagę, nie tylko moją jak sądzę, ale współtowarzyszy również. Smutne jedynie, że była ich zaledwie garstka.
Jeśli taka artystyczna bomba ma być zachętą by z niecierpliwością czekać na następny rok, to ja już się wiercę! Nawet nie zachęcającą temperaturę Mangghi rzucam w niepamięć! Życzyłabym sobie jednak, by ukoronowanie kolejnej edycji (jeśli ma być na miarę tego, w którym uczestniczyłam) było bardziej przemyślane promocyjnie. Bo jeśli już walczymy ze stereotypem kulturalnej Polski B, i bez kompleksów angażujemy artystów, którzy naprawdę są warci naszego czasu, to pochwalmy się tym! I dajmy się też pochwalić innym, że w takim przedsięwzięciu brali udział.
2010-11-16 00:03:31
Cowbell. Niektórym szczęśliwcom znany już z poprzednich występów w Polsce, przez innych odkryty zupełnie przypadkiem. Głównie za sprawą europejskiej trasy, która właśnie się toczy, i co ważniejsze nie ominęła 3. listopada Krakowa, a wpisała się w ramy projektu „Centralne granie”, promującego artystów nietuzinkowych choć ogólnie mało znanych.
Przyzwoitość dopomina się na wstępie krótkiej wzmianki o supporcie. Jakkolwiek darzę szacunkiem każdego odważnego początkującego, w tym przypadku pominięcie postaci Beretesqa jest celowe, z dwóch powodów. Przede wszystkim, czego nie da się niestety ukryć, jego wyjście usypiało, w najlepszym wypadku spowijając w letargu. Punktualność nie popłaca! Nie koncentrował uwagi, za to z uporczywością zionął brakiem pomysłu. Czy tylko mnie nie opuszcza niesmak łapanki z ulicy? Plus ta niemożliwie sztukowana nijak nie dająca się uchwycić improwizacja, na ratunek przetykana płaskim żartem i niezrozumiałą nadpobudliwością. Nie najlepszy to sznyt reklamowy. Nie najlepsza to rzecz w ogóle. Wskaźnik pamiętliwości ani drgnął. Dlatego nie da się go zaklasyfikować jako równej i dostatecznie mocnej do zestawienia konkurencji. Ot, kaprys ochrony nieopierzonych kurczaków w dobie z łatwością wylewanych na nie jak popadnie kolejnych kubłów zimnej wody.
Minimalistom, stroniącym od długich, naszpikowanych detalami wywodów, w ogólności wystarczy enigmatyczne podsumowanie zamknięte w słowie "nieprzewidywalność". Paradoksalnie miało ono jak najbardziej przemyślaną formę (nie od dziś wiadomo, że najlepsza improwizacja to ta ćwiczona) i całkowicie pozytywny charakter, zarówno w zakresie wyrazu jak i odbioru. Czysta esencja inteligentnie wyważonego eklektyzmu.
Dla mniej skromnych (i leniwych) natomiast, przewidziano większy kawałek tortu osobliwych wrażeń i emocji. Dawkowanych mi tym przyjemniej im prościej i w mniej nachalny sposób. Emocji różnych, niemniej z równą frajdą zaskakujących, a zapewne nie łatwych do wzbudzenia, zwłaszcza w formie one man show. Kupuję to zaskoczenie, ekspresję i znienacka rozpalaną ciekawość. A póki w tym całym karnawale efektów, gość z Południa nie popada w przesadną manieryczność, a zgrabnie i bezpretensjonalnie nimi żongluje, oddajmy mu co należne, a co po raz kolejny potwierdził w Klubie Centrala.
Na pierwszy rzut oka (ucha?), całość okazała się dość konsekwentna i łagodna, choć nie nużąca. Nie milkło echo ryzykanckiego balansowania na zdradliwej krawędzi żywiołowości. Żywiołowości w której można się zatracić, ale także i zagubić, przy czym to drugie już słuchaczom z reguły na dobre nie wychodzi. Szczęśliwie tym razem, schematycznie zapowiadające się konstrukcje nikły w oczach a i kres przyszedł na zainicjowane przez support chwytliwe utulanki. [Swoją drogą, ktoś mógłby w końcu jasno i wyraźnie dać do zrozumienia startującym wazeliniarzom, że 2 akordy na krzyż to za mało żeby porwać. Ba, porwać! Czasem za mało nawet, by przy największych chęciach wytrwać. Standard trzech nieopisanych w skutkach krzywdzących minut wieczności].
Ku mej wielkiej uciesze jednak, górę nad zwodniczą ckliwością kolejnych wstępów szybko wzięły niesztampowe, z energią wyłaniane kontynuacje. W sprytny sposób poskramiane, nie dały straszyć chaotycznością, ale przenosiły w przestrzeń misternie zamierzonej nieregularności buzujących dźwięków i skal. Tu Cowbell rzemieślnik, co rusz zaglądał do galerii środków, wybierając jeden czy dwa, wykorzystując je i porzucając. I tak wciąż, przy kolejnych aranżacjach, skutecznie oszczędzając akwizytorstwa znanych już skądś przebiegów. Skręcał tam, gdzie tego najmniej oczekiwano, gdzie indziej ciągnąc frazę domagającą się skrócenia. Ma władzę absorbowania uwagi, z impetem przekreślając tradycję ślamazarnie ciągnących się jak guma do żucia płaskich lirycznych wywodów większości dotychczas słyszanych songwriterów. Nowa jakość. Ferment. Pełna akcja i ukłon w stronę surowo alternatywnych korzeni – zgranie efektywności z intrygującą powierzchowną ciekawostką, co częstą zdolnością nie bywa.
I do tego jeszcze luksus kameralności przedsięwzięcia (a uwzględniam tu zarówno liczebność uczestników jak i klimat miejsca), który w stopniu wyśmienitym sprzyjał pławieniu się w tych pozbawionych banału wrażeniach. Słowem, czas zdecydowanie nie stracony, zmysły nie zmęczone, a i argument o wtórności zupełnie bezzasadny. Czegóż chcieć więcej?! Po raz kolejny potwierdziła się prawidłowość, że już jedynie wystarczająco wyważony materiał, dający się złożyć we względnie koherentną całość w swej prezentacji, tym może bardziej im pozbawiony przesadnych starań i artystycznego nadęcia, nie pozwala oderwać się od bohatera wieczoru. Bohatera, którym tego dnia, jak się zdaje, mógł być tylko Rainstick Cowbell.