Nie jesteś zalogowany

Sonic Youth kontra Steve Albini, czyli konfrontacja z majtkami Kim Gordon w tle

2011-03-01 21:55:22

Soniczną młódź, to ja generalnie kocham, ubóstwiam i wszystkim co dotyczy Amerykanów jaram się jak wiedźma na stosie, więc z natury rzeczy nawet nie silę się na obiektywizm. Jakby jednak nie patrzeć Thurston i przyjaciele, choć zawsze kojarzyli mi się z ucieleśnieniem słowa "cool", to generalnie nudziarze są, którym dziś się za bardzo nie chce upijać, szokować, demoralizować i dawać kolejnym pokoleniom przykład cudownego bad behaviour. Z tym większą radością przyjąłem więc informacje o zgrzytach na lini Sonic Youth - Albini (którego zawsze uważałem za przeintelektualizowanego buca).

Ale od początku (a raczej końca), bo fabuła jest zawiła, a diabeł tkwi w szczegółach, które ścinają z nóg jak tupolew drzewa.  

Pod koniec ubiegłego roku w obszernym wywiadzie udzielonym GQ muzyk i producent Steve Albini zarzucił Sonic Youth, że się sprzedali (bo to im pierwszym).

I don't know the exact circumstances of Sonic Youth's decision, so I'm not comfortable saying they did it wrong. But a lot of the things they were involved with as part of the mainstream were distasteful to me. And a lot of the things that happened as a direct result of their association with the mainstream music industry gave credibility to some of the nonsense notions that hover around the star-making machinery. A lot of that stuff was offensive to me and I saw it as a sellout and a corruption of a perfectly valid, well-oiled music scene. Sonic Youth chose to abandon it in order to become a modestly successful mainstream band—as opposed to being a quite successful independent band that could have used their resources and influence to extend that end of the culture - mówił Albini. 

Poza tym nawrzucał grupie, że z "tylnego siedzenia", kierowała karierą wielu ważnych dla amerykańskiej muzyki gitarowej formacji, które źle na tym wyszły.

I think what they did was take a lot of people who didn't have aspirations or ambitions and encouraged them to be part of the mainstream music industry. They validated the fleeting notions that these kids had that they might one day be rock stars. And then they participated in inducing a lot of them to make very stupid career moves - mówił zapytany przez dziennikarza o wpływ zespołu na karierę takich grup jak Nirvana i Pavement Steve. 

Wypowiedz Albiniego doczekała się również riposty z obozu Sonic Youth. Thurston Moore skomentował całą sprawę niedawno na łamach hiszpańskiego magazynu "El Pais". 

Steve tiene opiniones basadas en un punto de vista miope, que seguro no hace extensible a los fabricantes de sus pantalones - czyli na nasze: w większości opinie Steve'a są krótkowzroczne, choć oczywiście nie dotyczy to kwestii produkcji jego majtek.

Ok, można by to odebrać jako zwykłą zlewkę, acz komentarz o majtkach wydawał się raczej słaby miętki i nie niszczył tak jak powinien.  

Ale.

Wypowiedź ta, ma oczywiści drugie dno. Dotyczy bowiem nagranej przez grupę Rapeman (Albini w składzie) pod koniec lat 80. piosenki "Kim Gordon’s Panties", która dotyczyła bielizny basistki (obecnie gitarzystki) Sonic Youth, Kim Gordon, która jak wiadomo prywatnie od czasów antycznych jest żoną Thurstona Moore'a.

 

Skąd pomysł na taką piosenkę? Inspiracją były wydarzenia z ostatniej trasy koncertowej zespołu Big Black, formacji, w której Albini udzialał się przed Rapemanem. Podczas amsterdamskiego występu kapeli, który był jednym z ostatnich w karierze grupy oraz miał miejsce dokładnie w urodziny Steve'a, pod sceną pojawiła się Kim Gordon, która obrzuciła muzyków zakupioną na dworcu damską bielizną.

Jak powiedziała: Big Black were playing in Amsterdam, it was their last tour, and we happened to be there. In the train stations they have machines where you can buy women's underwear. It was Steve's birthday, so I bought some to throw at him so he would feel like a rock god on his birthday. I te wydarzenia były inspiracją dla nagrania utworu "Kim Gordon's Panties", do którego w swojej wypowiedzi nawiązał Moore.

Po latach w jednym z wywiadów bohaterka piosenki przyznała, że nigdy jej nie słuchała, ponieważ he mixes the lyrics so low, what's the point?  

A jaki z tego morał? Mam nawet cztery. 

1) uważaj dziewczyno w kogo rzucasz bielizną,

2) uważaj muzyku młody o czyjej bieliźnie śpiewasz,

3) Moore - stary człowiek i wciąż może,

4) rany, Kim to zawsze musi mieć rację. Dwa lata temu powiedziałaI think that blogs are for people who are neurotic about having to know about everything. Jeśli dobrnęliście do końca tego wpisu, to znaczy, że rzeczywiście tak jest.

Komentarzy: 2 Nie dodano tagów

Björk jak Alexander McQueen

2010-12-11 16:11:43

Björk nagrała muzyczny hołd dla zmarłego śmiercią samobójczą w lutym tego roku Alexandra McQueena. Piosenką, której tytułu się nie doszukałem opatrzyła wideo-tribute Nicka Knighta, fotografa, dziennikarza modowego i notabene również reżysera kontrowersyjnego klipu "Pagan poetry" pociesznej Islandki. Z tej okazji warto byłoby przypomnieć sobie kilka artystycznych faktów z życia Björk i McQueena, bo choć, to Lady Gaga wróciła poza-modowemu światu wielkiego projektanta, to wspólne prace Islandki i Brytyjczyka są zdecydowanie bardziej ciekawe. Najpierw jednak sam klip, którego początek przypomina mi hologram kokainowej Kate z 2006 roku (created by McQueen). 

Björk była chyba pierwszą i najważniejszą gwiazdą sceny muzycznej z jaką McQueen kiedykolwiek współpracował. Była również jedną z niewielu osób, które zaliczały się do grona bliskich przyjaciół Brytyjczyka. Potem dowodem tej przyjaźni i oddania miał być fakt, że to własnie ona zaśpiewała na jego pogrzebie. Para współpracowała ze sobą wyjątkowo intensywnie w drugiej połowie lat 90. Zaczęło się od wspólnych prac nad albumu "Homogenic". Okładka albumu przykuła równie wielką uwagę dziennikarzy, co jego sama zawartość. Islandka wygląda na niej trochę jak elf, gejsza, kosmitka, a może nawet cyborg i japońska królowa śniegu. Do tej pory Islandka nosiła się jak typowe dziecko alternatywy lat 90. czyli stereotypowa słuchaczka grunge, z McQueenem przyszły zmiany. Okładkę i okładkowy wizerunek Björk z "Homogenic" zaprojektował właśnie on, wówczas średnio rozpoznawalny 26-letni projektant. Potem wyreżyserował jej klip do utworu "Alarm Call". 

 

To pierwsze spotkanie zainspirowało oboje do dalszych wspólnych działań, okazało się, że dzielą podobne poglądy na sztukę i szukają w niej tego samego. Od tej pory McQueen projektował i ubierał Björk (na przykład do klipu "Who is it"). Ta komponowała muzykę do jego pokazów, a nawet na nich występowała.

 

Inspirowali się wzajemnie, co nie zaskakuje, bo to jest to samo pokolenie (cztery lata różnicy na (nie)korzyść Islandki), które zastanawia się jak łączyć naturę z technologią. Futurystyczne brzmienie dużej części płyt Björk, tak samo jak kosmiczne i na pozór nienaturalne formy McQueena przecież tak naprawdę swoje podstawy mają w tym co naturalne, pierwotne i surowe. 

Na "Homogenic", to połączenie Björk bierze bardzo dosłownie. Na następnych płytach eksperymentuje z proporcjami. Ostatnio ("Volta") trochę się pogubiła jako kompozytorka, ale w zamyśle wciąż pozostaje niezmienna i eksploruje przy pomocy techniki prehistorię dźwięku.

Inaczej McQueen. Ostatnia kolekcja projektanta (no powiedzmy, że ostatnia głośna, bo ostatnia ostatnia nie wzbudziła szczególnego zainteresowanie), to były według wielu wyżyny jego geniusz. Kobiety w futurystycznych strojach o rybich konturach i kolorach. Morskie stwory, które podróżują sputnikami. Doskonałe połączenie futuryzmy z naturą, wieszczenie kolejnych stadiów ewolucji.       

McQueen był jak Björk, a Björk jest jak Alexander McQueen, tyle że pochodzą z artystycznie dwóch różnych światów, o których tak dyskutowali we wspólnej rozmowie przeprowadzonej dla Index Magazine: 

ALEXANDER: [...] Fashion is like the music industry — the constant media attention creates a lot of pressure.

BJORK: It's even worse because at least in the music industry there is a chance you might sign to label. For young designers, their isn't even a label.

ALEXANDER: That's true. When I started out in '92, I had nothing — there was nothing really in London. But it was a good time, actually, because people were collaborating. Since we had no money, no way of producing things- music, fashion, art, whatever- we all knew that we had to work together. People would produce your show for free, they'd do the music for free. Today, people have become very selfish.


Syndrom sztokholmski Tiago Guillula

2010-11-23 23:28:26

Portugalii do tej pory zazdrościłem niskich kar za posiadanie substancji wprowadzających w bajkowy nastrój i pięknej pogody. Teraz powoli zaczynam zazdrościć też Tiago Guillula. 

Tiago Guillul, to taki portugalski Devendra. Quasi folkowy freak, duże dziecko z łepetyną pełną pojechanych pomysłów. Podobnie jak Banhart człowiek bliski bogu i są na to niezaprzeczalne dowody, bo sam na swoim myspacie kataloguje się w grupie wykonawców muzyki religijnej. Ponoć jest też baptystą-kaznodzieją, niszowym odpowiednikiem naszego Szymka Hołowni, który raz na jakiś czas w ramach ciekawostki (bo nie tylko Hiszpania śmierdzi laickością) pojawia się w telewizji w roli komentatora. Choć nie jestem pewien, mój portugalski to skomplikowana sprawa. Pewien jestem natomiast, że znacznie fajniejszy z niego koleś niż z Hołowni.

Wystarczy napisać, że to animator portugalskiej społeczności folkowych odszczepieńców, którzy zorganizowali się wokół jego wytwórni FlorCaveira. Czasem komuno-spółdzielnia, czasem po dyktatorsku rządzone państewko Guillula, to zjawisko w skali mikro, które sympatycznie promieniuje na mainstream. Ostatnio z okazji Mundialu artystom spowinowacony z FlorCaveira udało się wygrać oficjalny konkurs na hymn reprezentacji Portugalii.

  

Kibic ze mnie żaden, ale fajną piosenkę potrafię poznać, "Waka Waka" niech się schowa. Znacznie fajniejsze bo mniej grzeczne są kawałki, które Tiago zgromadził na swoich dwóch ostatnich płytach. Błyskotliwie zatytułowanej "IV" z 2008 roku i tegorocznej "V". Mocno nieokrzesane, tradycyjne portugalskie folki kotłują się na nich z garażowym punkiem, lo-fi, popem i jeszcze paroma innymi rzeczami. Fakt, oba krążki jako spójna całość ładnych piosenek funkcjonować nie mogą, zbyt nierównie są to kawałki, ale można z obu płyt powybierać parę diamencików. Jak choćby singlowe "Beijas como uma Freira" z "IV". 

Wszystko co fani wczesnego, jeszcze brzydko nieucywilizowanego Devendry powinni pokochać, plus duża szczypta nowości, jakiegoś wyczucia obciachu przemieszanego z dystansem do siebie i nieoczywistego talentu do ładnych melodii wydłubywanych z brzmieniowych gaf. Jego muzyka jest dla mnie narkotykiem, słucham jej codziennie, kilka razy dziennie. Człowiek słabej woli ze mnie więc bez reszty przepadłem. Ale nie jest to dziwota, bo z moich obserwacji jasno wynika, że brzdąkanie Tiago ma właściwoście balsamiczne i rozweselające. 

 

Jakiś czas temu przeczytałem w wywiadzie z Guillulem, że rodzina przyprawia go o syndrom sztokholmski. Nie ma przez nią za dużo czasu przez co nagrywa mniej niż chce. No ale w końcu jako przykładny chrześcijanin i dumny ojciec trójki dzieci kocha ją, czuje się od bliskich zależny i nie może sobie życie bez nich wyobrazić. Dwa pytania dalej powiedział, to samo o muzyce. Pomyślałem wtedy, że mam tak samo i wy pewnie też. Czujecie się zakładnikami muzyki. Może pora dać się porwać Tiago? 


You're not a whore if it's charity i chłopcy z wąsami

2010-11-17 22:56:38

Pamiętacie jak na początku października co trzecia koleżanka na fejsbukowym profilu wypisywała pierdoły w rodzaju "lubię na podłodze", "przy biurku", "na stole w jadalni", a wy nie ogarnialiście, że chodzi o walkę z rakiem? Ja też pamiętam. Niestety błyskotliwa akcja pozostawiła w moim mózgu wyraźny ślad pamięciowy w zakładce: granie w badmintona pod wiatry i ogólnie wysiłek fizyczny, traumy, otchłanie, urojenia. I wciąż się tam gnieździ.

Być może jestem szowinistą i antypolakiem, ale zawsze uważałem, że znacznie skuteczniej z poważnymi problemami walczy się przy wykorzystaniu realnych środków, a nie potęgą sugestii. Dlatego całym sercem wspomagam, genialną żeńską inicjatywę Mustache Day organizowaną z okazji już słabszej akcji Movember (tutaj więcej szczegółów, ale wystarczy jak napiszę, że panowie chcą walczyć z rakiem za pomocą wąsów. A zapał mają taki, że chciałoby się zacytować Monotonix i zawiesić na sztandarach hasło: moustache revolution!). Co do samego Mustache Day, który wypada dziś, znaczy 18 listopada, to afera jest o to, że wszystkie panie w ramach charytatywy powinny przespać się z jakimś panem z wąsami lub choćby konkretnym meszkiem. 

Coś pięknego, liczę, że w czwartkowej wyborczej poza DF znajdę też jakiś duży dodatek o Mustache Day w ramach reanimacji akcji "Leczyć po ludzku". 

Tym niemniej sam zacząłem się zastanawiać - co ja mogę zrobić by walczyć z rakiem? Wąsów nie zapuszczę, bo będę wyglądał jak roześmiany lump z Psychocukru. Nie prześpię się też z kolesiem z wąsami, bo mój tata miał raz wąsy i jakoś panowie to nie dokońca mój typ. Puszczam więc nowinę w świat. 

Przy okazji pytam jaki jest wpływ wąsów na nasze życie? Stalin i Hitler mieli wąsy! Byli tyranami, bo mieli problemy z zarostem? Žižek powiedział kiedyś, że dobry filozof musi mieć wąsy, a najlepiej jak będzie miał brodę w nieładzie. No bo co to za filozof, który zamiast rozmyślać nad sensem wszystkiego, całe godziny spędza przycinając zarost? A czy słowa Słoweńca mają jakieś przełożenie na muzykę? Kto miał/ma najfajniejsze wąsy w szłobiznesie? Ja nie wiem, ale mam kilka typów.

 

Nick Cave miał zajebisty wąs, ale się go pozbył, choć plotka jest też taka, że druga połówka mu go zgoliła jak spał (coś jak Samson i Dalila - czujecie klimat?). W każdym razie Cave miał wąsy na pewno w latach 2005 - 2009 i na pewno teraz nie ma. Był to kiedyś ponoć zajebisty chwyt pijarowski, bo przydawał mu image'u, brudnego i dzikiego dekadenty. I chyba się sprawdzało, bo Cave'a zaproszono nawet raz by zasiadł w jury World Beard and Moustache Championships 2007. Pytanie jaką w Grindermanie rolę pełni broda Warrena Ellisa? Jaki image ma zbudować? Dziadka mroza? Oazowego opiekuna? Bełkoczącego szaleńcy?  

Lemmy też ma spoko wąsy. Wygląda w nich trochę jak rumuński książę, ale bardziej chyba jak harleyowiec i fan sado maso w jednym. 

Tym drugim na pewno jest wąsacz z Village People. To do tych panów, którzy uważają, że dobry wąs doda im męskości. 

Najlepsze wąsy ever miał chyba jednak Freddy... 

...albo Zappa

Choć Beatlesów była czwórka i każdy miał wąsy...

Zgubiłem po drodze puentę, ale chyba chodziło mi o to, że w muzyce wąsy nie znają gatunku i nie trzymają się konkretnych styli. Podobnie rak...

ps: na wierzchu dzisiejszej Wyborczej Komorowski i jego wąsy. To nie może być przypadek...

Komentarzy: 6 Dodane w wąsy

« wróć 1 czytaj dalej »