Tego oto ciociosana
2011-12-11 10:41:46
Dawno nie pisałem. No bo co tu pisać... Pogoda jak piździec barani. Po Warszawie za jakąś laską biega zboczeniec-parkourowiec. Zamiast odkrywać nowe muzyczne lądy, załatwiam sobie wjazd na niemiecki power metal i na nazi pedała z gitarą. Redaktor Lisiecki sam na oczy własne widział w zeszły piątek, że został ze mnie strzęp człowieka. I wódki nie mogę pić, co wskazuje, że mój koniec bliski i winienem sobie stalować botki z kartonu.
Ale chujnia chujnią, a tę płytę wrzucić należy. Ale że nie chce i się rozpisywać jakoś ekstensywnie, pojadę cytatą: "Gençlik Ile Elele" album is an odd combination of A-Go-Go, funk, psychedelica, loose improvisation without in advance too melodically structured ideas, based upon an Anatolian folk inspired crossover style. Very "western", and at the same time exotic. A great album." Indżoj.
Özkent, Mustafa - 1973 - Gençlik İle Elele
Takiego psa pragnę. Chcę go nazwać Casanova Frankenstein, sugerując się wspaniałym filmem "Champion City". Waits ta, grał. Jak macie takiego, dajcie mi znać.
Bo on jest piękny, energiczny i waleczny. Coś jak ja. Jak dobrą karmę mi rzucić, albo pieniądza... sam tak łapkami zrobię...
32
33
34
35
36
37
Białystok. Wiadomo. Prowincja. A działała tam niegdyś taka kapela:
Postuję, bo jestem ciekaw komentarzy. Moim zdaniem jest grubo. Było. Mam wkrętę, bo to znajomi, czy dlatego, że nie bez przypadku ich zaproszono do zagrania na Zappanale? Dajecie.

28
29
30
31
Za powtórki w stosunku do bloga przepraszam - niełatwo co tydzień znaleźć coś osobliwego na większy tekst, więc się posiłkuję, starając się jednak dodawać jakiś content każdorazowo. Za wykorzystane sugestie z komentarzy dziękuję. W szczególności Ambro za jego przenikliwą znajomość dorobku zespołu Milano. Jesteście nieocenieni. Aż bym Wam z radości pępki wylizał.
A jak już smaruję, to dorzucę coś genialnego. Na wypadek jeśli ktoś jeszcze nie zna...

Wzrok jak u sokoła, profil orli, poliki jak u parszuka. Wiele ostatnio słychać o Ratku Mladiciu i jego rozpoczynającym się procesie. Procesie mającym osądzić, czy wykonywał masowe mordy na męskich przedstawicielach populacji Srebrenicy. Przypominam, że to ta sama Srebrenica, której nie obroniły błękitne hełmy, wskutek czego nasz własny Mazowiecki, w geście protestu, zrezygnował z ciepłej posadki bałkańskiej wtyki ONZ. A że Mazowieckiego uważam za ostatniego męża stanu, jednocześnie kochając całe środowiska uniowolnościowe, to inna sprawa.
Niedawno w "Przekroju" Pilchus zastanawiał się, jakie książki czytają dyktatorzy. Ja się z kolei zastanawiam, jakiej muzyki wieczorami słuchają zbrodniarze wojenni. Czy Pol Pot, w końcu absolwent Sorbony, zasłuchiwał się w jeszcze bardziej od siebie samego, czerwonym Leo Ferre? Czy złośliwy austriacki malarz kochał Straussów? Czy Fidelowi Castro podoba się "Hasta Siempre Commandante" w wersji nieocenionego Roberta Wyatta? Wreszcie - czy Idi Amin, pomiędzy kolejnymi kęsami ludzkiego mięsa, podśpiewywał sobie szkockie jigi i reele? Nie dowiemy się pewnie nigdy. Możemy zatem projektować. Ja osobiście myślę, że Ratko, po dniu pełnym znoju, dniu wypełnionym mozolnym wskazywaniem swoim przydupasom, że jeszcze tego zabijcie, bo jakiś chyży taki, że jeszcze tego, bo koło miele młyn soczewica, że jeszcze tego, bo jakiś taki dzisiaj jestem bezlitosny; że po takim dniu, biedny, zmęczony Ratko, siadał przy ognisku, otwierał serbską (srpską po ichniemu) wersję konserwy tłuszczowej i swoim ząbkowanym komandoskim nożem, wykrawał z niej kawałek po kawałku, zasłuchując się w trąbce Dusko Gojkovicia.
A kimże to jest Dusko, żeby taki Mladic go zaraz tam słuchał? Ano fantastycznym pierdunem jazzowym, pochodzącym z miejscowości o wdzięcznej nazwie Jajce, którego talent muzyczny doprowadził od grania w lokalnych srpskich big bandach, do dzielenia sceny z Davisem, Bakerem, Getzem, czy Rollinsem. Co na płycie fajnego i jaki chuj, żeby ją w ogóle postować? Ano wielość inspiracji. Bo dosłuchacie się tu i samby, i antycypacji afrobeatu, i elementów bałkańskiej etniki, i... oczywiście doskonałego grania na szlachetnych jazzowych kanonach. Płyta mięciutka, jak kaczuszka, a jednocześnie ciesząca niebanalnym contentem. I możecie sobie przy niej założyć czapkę khaki, otworzyć konserwę tłuszczową i choć raz jeden w życiu poczuć się, jak kat Bałkanów. Indżoj.
Dusko Goykovich - 1966 - Swinging Macedonia
Wiadomo. Zeby być hipsterem, trza mieć Raybany, damkę i lirę korbową. Krótka płytka, ale ostatnio lekkości mi się chce słuchać. Indżoj.

Various - The Art of the Hurdy-Gurdy - From the Middle Ages to Mozart

Cytuję samego siebie z tekstu dla Era Music Garden:
"...Etos lo-fi pozbawiony nowomodnych bzdurnych wtrętów, proponuje też na przykład kanadyjski artysta, kryjący się pod pseudonimem Tonetta (powaby tego projektu ujawnił przede mną nieoceniony profesor Lewar). Można powiedzieć, że Tonetta to w istocie oddolna reakcja na sukces komercyjny Lady Gagi - i choć artysta stojący za projektem muzykę tworzy bez mała od 27 lat, sukces i miłość publiczności zaskarbił sobie dopiero w ciągu ostatnich trzech, w tym właśnie wcieleniu. Stało się to zapewne za sprawą paradoksu: otóż projekt ten wykazuje zaskakujące hi-fi w swoim lo-fi. To znaczy, że Tonetta pozostaje wierny takiej estetyce nie z jakże popularnego obecnie hipsterskiego zblazowania, a dlatego, że nie stać go na lepsze instrumenty. Nagrywa więc na szesnastoletnim ośmiościeżkowcu, a żadna z jego gitar w momencie kupna nie była nowa i nie kosztowała więcej niż 20-30 dolców. I – co nie jest bez znaczenia – mówimy o dolarach kanadyjskich".
"Tonetta to też mocna i bezkompromisowa poetyka, nawiązująca do narkotyków, czy seksualnych perwersji. Teksty to kolejny powód, dla którego Tonetta nie gości zbyt często na falach eteru i nie śmiga po kolorowych telewizjach muzycznych. Artysta też niekoniecznie podąża za nowinkami cyfrowego świata, choć jak sam mówi, raz na dwa, trzy tygodnie sprawdza maila w kafejce internetowej. Do youtube’owego uniwersum trafi, kiedy jego klipy wstawi tam jego manager. A ten robi to, gdy przesyłka z nowinkami podopiecznego trafi do niego z Toronto do Kalifornii normalną pocztą. Tak, jest coś takiego jak poczta nieelektroniczna. Tonetta w wywiadach wyznaje, że niegdyś było mu łatwiej, bo całą sprawę załatwiał za niego mieszkający w Toronto kolega. Ten jednak, niestety, w końcu wyjechał do rodzinnego Libanu. Kondolencje".
Tonetta - 777