Nie jesteś zalogowany

Moje disco polowe początki

2010-05-21 12:26:46

 

Kto mnie zna, a wielu zna, wie, że mój stary grał w kapeli disco polo. To nie dziwne, bo w Białymstoku albo ktoś gra w kapeli disco polo, albo kradnie. Ściana wschodnia, nie ma wyboru. Z dwojga złego lepiej więc serce swe i talent manualny oddać muzie, niż doliniarstwu. Chyba...

Kapela zwała się Las Vegas i odniosła średniej klasy lokalny sukces lansując w lokalnej - poświęconej temu jakże szlachetnemu genre'owi - audycji singiel, który dotarł do 2 miejsca listy przebojów, ustępując tylko kultowemu przebojowi "Jolka Jolka" (w teledysku pogodynka TVP1, Marzena Słupkowska) zespołu Classic. A ten wszak był lokalną odpowiedzią na wysublimowane dźwięki Talking Heads, więc i przegrać z nimi nie wstyd.




Las Vegas mieli szyk i glam. W kasynie lokalnego hotelu Cristal zorganizowali sobie sesję zdjęciową. Czarne dżiny i czerwone koszule (żarówa). Pięści na wajchach automatów do gry mieli zaciśnięte dziarsko, jak dłoń na członku młodego masturbanta. I te miny. Triumf. Zwycięstwo. Przez tę chwilkę, siedząc na kasynianych stołkach mieli świat u stóp. Nic tam Final Countdown zespołu Europe, nic tam Puszek Okruszek Natalii Kukulskiej. Las Vegas miało mieć rząd dusz. Groupies, kokaina, szampan, brokat, prywatni fryzjerzy do codziennego poprawiania płetwy. Rzeczywistość zweryfikowała sytuację. Owszem, było jak w kasynie. Tercet włożył w swoją disco polową przygodę niemałe fundusze, a zysków zobaczył tyle, co Stevie Wonder swojej żony.

Ja jednak, młodym ancymonem będąc nasiąkałem dźwiękami piosenek o letnich miłościach, rozrywających serce rozstaniach, "strzelaniu (lasce) gola" jak się ją złapie oraz całym mnóstwie innych, jakże ważkich dla młodego człowieka tematów. No i obcowałem z VIPami! Sram na waszych indie rockowych celebrytów. Gośćmi w moim domu bywali Janusz Laskowski, Krzysztof Cieciuch (ex-Boys), Krzysztof "Blady" Bladowski z Casanovy, czy Robert Sasinkowsky (owszem, "y" - tak miał na wizytówce), lider zespołu Skaner.


Miłość do disco polo pozostała mi do dziś. Niejedna osoba widziała mnie, kiedy w chwili słabości (szczególnie alkoholowej) wdzięcznie i ze sznytem RnB nuciłem Lekcję Miłości Maxela, czy Zakochanego Klauna formacji Redox. A że na starość robię się sentymantalny, pomyślałem, że i ten wspaniały bastion muzyki etnicznej (no bo jakiej innej?) ocalę od zapomnienia. Przed wami subiektywne top 10 kultowych kawałków disco polo. Posłuchajcie i wczujcie się w Pawła Walińskiego. Lat 8. Indżoj.


10. Zenon Martyniuk, Sonet dla miłości (ostatnia wokaliza zawstydza Ellę Fitzgerald i Ninę Simone razem wzięte)



9. Akcent  Dziewczyna z klubu disco (z dedykacją dla wszystkich dziewcząt, które tańcowały w nieodżałowanej Jadłodajni)



8. Janusz Laskowski Świat nie wierzy łzom (bo i Bstoku można kawałek pooglądać, i w zestawieniu musi być więcej niż 1 ballada, no i urzeka mnie kontrast tekstu z klatkami przedstawiającymi głodujące afrykańskie dzieci)



7. KIS Lech Stawski Biała Mewa (bo to wszak był jeden z największych hitów gatunku, Stawski wygląda jak Wayne Hussey wnajlepszych latach The Mission UK, a mnie zabrakło 1 pomysłu...)



6. Zorka Czarownica (czyli New Order z Kuźnicy Podlaskiej)



5. Boys Figo Fago (nie wiem, czy Marcin Miller wie co znaczy "fag", ale... "czas by świnka nim zajęła się")



4. Casanova Nic i zero (Dowód, że by robić piękną muzykę nie trzeba być pięknym. Wystarczy mieć talent. "Blady" polskim Waitsem!)... ("ten gośc kiedyś mnie opierdolił w białce parczewskiej za to że psa oplułem. 6 lat wtedy miałem" - niejaki uldg1, komentarz z youtube'a)



3. Voyager Johny (proszę wsłuchać się w tekst refrenu)



2. Maxel Lekcja miłości (proszę wpatrzeć się w prolongowaną płetwę 1 członka bandu i seksiwy wąs drugiego)



1. Redox Zakochany klaun (on ma takie czułe serce...)


 

0. Mig Co ty mi dasz (bez komentarza)

 


OBIECAŁEM, TO OBIECAŁEM... pierwsza w historii premiera unreleased materiału disco polo. Sięgamy poziomu hip hopu i black metalu z nielegalami i rehami. Tworzymy historię... Indżoj.


Las Vegas - 2

Komentarzy: 52 Nie dodano tagów

Ufff aaach eeech grrr chrrrr srrrr

2010-05-17 18:26:08

818_500.jpg

 

Ufff.... robota była tytaniczna, ale proszę - oto zdecydowana wiekszość zawartości NIEJESTDOBRZE przeniesiona na Musicspota. Jak widać w kwestii bloga byłem onegdaj płodny niczym Henryk Pająk w kwestii książek dowodzących, że Żydzi są gorsi niż UFO i atom wzięte razem. Ale jak każdy miłośnik rpgów wie, kiedy zda sie jednego questa, dostaje się follow upa. Oczywiście jak się prereqi ma ogarnięte.


Od dzisiaj posty będą rzadsze. Jak kałomocz będą. Ale będę się starał o pewną dozę regularności. A jak sie nie uda to zacznę pić melisę. Już zresztą zacząłem wąchać dysk w poszukiwaniu wszelakich możliwych parafilii. Dręczy mnie jednakowoż pytanie pewne... Pisanie bloga to frajda. Nie muszę w tym celu mieć za sobą wszystkich możliwych środowisk, jak Marian Krzaklewski w 1997. Ale i tak miło byłoby wiedzieć, że i czy cokolwiek z tej jakby nie było - pokurwionej - muzy do kogoś trafia (tak, phishuję za komplementami). Bo pal szatan moje dyskusyjne poczucie humoru i takież same zdolności warsztatowe... Część z tej muzy - mimo, że egzotyczna - to naprawdę dobre gówno. A jeśli nie dobre, to na pewno ciekawe.


Zawsze byłem zwolennikiem tezy, że im cięższa w odbiorze muza i im bardziej boli, tym lepiej. Bez sraczy nie ma kołaczy. Horyzonty rozszerzają się boleśnie, o czym wie każdy, kto kiedykolwiek nosił stały aparat ortodontyczny. Wszystkiemu zaś z daleka przyświeca wcale nie takie oczywiste pytanie o granice sztuki, muzyki, tego co je konstytuuje, tego jakie są warunki konieczne, a jakie wystarczające, by takowa wystapiła. Weźcie sobie np ostatniego posta z muzyką "kolejową". Czy takie "konkrety" są sztuką? A jeśli nie, to na jakiej zasadzie jest nią "Different Trains" Reicha? Ja tam nie wiem, ale może jakiś mądrasek mi odpowie? Nie, pewnie nie.


Dobra, bo się robię jakiś pseudointelektualny. Nowe parafilie już wkrótce. Jak tylko uda mi się skończyć słuchać tej nowej Newsom, która - o ile lepsza w mojej opinii niż YS, o tyle równie przegadana i zdecydowanie za długa...


Żeby natomiast post nie był pusty jak moje życie psychiczne, uploaduję ekstraklasę polskiego industrialu, zespół Quodlibet (w remiksie), ze stajni By?emKobietąRecords: UŚMIECHNIJ SIĘ CIEPŁO

 

 

 

Komentarzy: 2 Nie dodano tagów

Tur-tut-tut-tut-tur-tut-tut-tut (29 września 2009)

2010-05-17 18:02:26

Westerns - Diesel Hydraulics front cover

 

Nie, bynajmniej, mimo tytułu posta nie o zaklęciach egipskich będzie, a o podróżach. Bo to i wakacje za nami (albo już niedługo ich koniec), bo to podróże kształcą, bo to się ponaśmiewać z durnego tubylca można, no i jak kto lubi zażyć seks-turystyki, choćby w takim tureckim więzieniu. A podróżować można różnie. Na wózku inwalidzkim Lamborghini Diablo, co się tam drzwi w pionie, nie w poziomie otwierają, bipodialnie, czyli po naszemu zapierdalać z buta. Można też pociągiem. Że pociąg poczesne miejsce w Europejskiej kulturze zajmuje, to wie każdy, kto choć raz brylował w Intercity. Wiedział to i Steve Reich, co to w znanym utworze uwiecznił w 1988 swoje młodzieńcze przeżycia związane z podróżami z Cali do NY. Potem oczywiście trzeba było jakoś numer rozpropagować, to i zaczął Reich kłamać, że to coś tam w 1/3 o Żydach wożonych do obozów koncentracyjnych. Kij kłamcy w ryj, Grammy w 1990 łyknął. I o to wszak chodziło.
Kiedyś (danke Kristo) słyszałem też historię, że niemiecki koleje w czasach WWII to w ogóle prywatne były i Reich (ale nie Steve, a III Reich) bulił im za owe przewozy masowe. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Czy dzieci jeździły na ulgowcach, a większe transporty liczono jak za rejs wycieczkowy też nie wiem. Wiem, że jeśli to prawda to jest niezła heca. Ale z powrotem do pociągów.

Pociąg jest zwykle nudny. Pozornie. Trzęsie, robi muzykę noise a inni pasażerowie albo czytają Wróżkę, albo Galę, albo śmierdzą. A śmierdzą na różne sposoby. Potem, naftaliną, czosnkiem, kiełbasą czosnkową, kanapką z kiełbasą czosnkową. Gównem czasem. Więc szczególnie latem warto wybyć z przedziału i podziwiać florę, faunę i aurę. I tak obserwując świat na legendarnej trasie Białystok-Warszawa można dowiedzieć się, że w markecie w Tłuszczu (cytuję) Wieśkowi chuje wódki nie sprzedali, że Tłuszcz żąda dostępu do morza!. Można w okolicach Urli zauważyć bagna z typową wikińsko-diskopolową zabudową architektoniczną. Można zobaczyć dziadów z pociesznymi ryjami, czasem jak ktoś w krzakach ten teges, a na takiej Wawie wschodzniej powiedzmy, możemy podziwiać jak 3 meneli oddaje mocz prowadząc przy tym uczoną dysputę, kto ma większego i czy się mierzy od brzucha, czy od jąder. Jadąc przez Rembertów można zachwycić się wielkim znakiem: Warszawa Remember, przed Łapami, piesczotliwie zwanymi Dłońmi można grać w grę towarzyską pt. Wszystkie panie z trwałą wysiadają w Łapach. No wiele tego.

No, ale wiadomo, nie zawsze można korzystać z uroków kolei. Nawet pomimo najszczerszej chęci. Dziś zatem, na pamiątkę wakacji 2009 postuję wielce interesujące nagranie. A właściwie serię nagrań. Dźwięki tu zebrane to kolekcja muzyki konkretnej realizowanej w pociągach kolei brytyjskiej w 1974 upamiętniająca ostatnie hydrauliczne lokomotywy diesla. Czyli i wartość do pewnego stopnia melancholijną ma owa płytka. Może też puszczona odpowiednio głośno wkurwiać. Rodzinę, sąsiadów, psa, psa sąsiadów. Tyle, bo się zasłuchałem. Indżoj.

A tu zdjęcie dla tych, co mówią, że w PKP niski standard jazdy...

BusyTrain.jpg


Komentarzy: 0 Nie dodano tagów

Muzyka dziadowska (23 lipca 2009)

2010-05-17 17:56:21

changes-orphan.JPG

 

Jakiś czas temu oglądalem sobie Boso przez świat Cejrowskiego. No i Wojtek daje narrację o wodzu wioski jakiejś w Afryce Południowej. Mówi, że w sumie to on nie jest formalnie wodzem, ale jest najstarszy, wszyscy go pytają o radę, śmierdy pierdy, jednak wodzem jest. No ale, że przy okazji nie jest to nie można o nim powiedzieć wódz. Więc z racji, że stary i że trzymał akurat oszczep postanowił nazwać go dziadkiem Dzidkiem. Changes to dwójka takich właśnie dziadków Dzidków co to już od 1969 nieśli światu kaganek neofolkowej oświaty.

Prywatnie są kuzynami. Grywali sobie po różnych uniwersyteckich pędzelniach za kawę i rogaliki przez sześć latek, zanim nie doszli do wniosku, że to wszystko chuja warte, że artysta na zawsze pozostanie niezrozumiany i że Rivanol nie zawsze pomaga na zapalenie siurka. Narobili tymi zapalonymi siurkami dziatwy i ogólnie zrównali się z ludzką mierzwą. Mijały latka, braciom rosły piwne badziochy, włosy za młodu płowiejące posiwiały. Ryje im się opuściły też, to znaczy skóra na ryju. I to byłby koniec historii - wyjąwszy może jakąś ryfę na pogrzebach - jeśli by dobrze poszło, gdyby nie niejaki Michael Moynihan. A Moynihana znamy jako szefa kapelki pod wdzięczną nazwą Blood Axis, współautra tej książeczki o black metalu, Lords of Chaos cośtam oraz jako ogólnie z lekka prawicowo pojebanego para-antropologa. No, ale nieważny Moynihan, ważne, że dzięki niemu nasze dziadki Dzidki wróciły do obiegu. Wydał bowiem zestawik ich piosenek zatytułowany Fire of Life. No.

627310339_l.jpg

A że jak się okazało zapatrzona w neofolk scena europejska łyknęła owo wydawnictwo jak dziwka na Pigalaku spermę za 4,20, to postanowiono iść za ciosem. Dziadki Dzidki, czyli R.N. Taylor i Nicholas Tesluk z Nowego Meksyku doczłapali ostatkiem sił do studia, gdzie zarejestrowali płytkę Orphan in the Storm. Co na niej? Ano neofolk slasz szanty. Proste i nieskomplikowane jak moje życie psychiczne, za to z fajną, dawno nie słyszaną w ramach sceny melodyką. Bez żadnych nazi-wtrętów, bez jakiegoś neo-pagan pierdolenia. I bez moczenia się w nocy jak na scenie freak-folkowej. Niby nic, a cieszy. A, dziadki Dzidki nagrali jeszcze 4 inne albumy, ale tego już szukajcie sobie sami, bo mi się mocno nie chce. Indżoj.

Komentarzy: 0 Nie dodano tagów

O wydalaniu z obu końców, wzorem Cervantesa (17 kwietnia 2008)

2010-05-16 20:37:19

tokyoanaldynamite.jpg

 

gero - jap. wymiotować
geri - jap. rozwolnienie
gegege - jap. równocześnie

Zawsze jakoś tak miałem, że teatr kabuki mylił mi się z bukkake. Do dziś w sumie nie do końca wiem co jest co, ale wiem jedno - w kategoriach wszelkiego ekstremizmu japiszońce biją na głowę resztę świata tak cywilizowanego, jak i tego niekoniecznie. Gdyby to oni, nie Niemcy kręcili holocaustem, możnaby się spodziewać, że na zasadzie spinoffu rzuciliby na rynek Tamagotchi, w którym trzymałoby się w celi więźnia celem późniejszego zagazowania go i spalenia w piecu krematoryjnym. Dostępne byłyby w kilku kolorach, zależnie czy więzień byłby Żydem, słowianinem, cyganem, czy komunistą. Ale do rzeczy - płytka nagrana na żywca w 1987 (tym, co nie trybią dat przypominam - to ten sam rok, co debiut Napalm Death), wszystkie numery godnie i honorowo poniżej minuty, wydane w 3000 kopiach (znaczy rarytas i można się potem w piwiarni chwalić kumplom). Ku końcowi staje się mniej żywiołowa, bardziej refleksyjna. Lider (Juntaro Yamanouchi) jest raczej podminowany, dlatego na początku każdego numeru klnie...ale komu z nas się to nie zdarza? Nie ustępuje mu reszta zespołu - niejaki Gero 30 (którego Yamanouchi poznał w gejowskim klubie sado/maso) znany jest z praktykowania masturbacji na scenie, co znów jakoś nie dziwi, bo masturbacja jest zdrowa i pomaga rozładować stres. Generalnie w klimacie blisko takim tuzom smooth jazzu jak Merzbow, czy Masonna, ewentualnie kameralistyce Zorna spod znaku Naked City. Poza albumem będącym tematem posta godna polecenia jest także płyta Recollections of Primary Masturbations, na której zespół wskutek szacunku dla swoich fanów zamieścił aż 338 nagrań.

 

The Gerogerigegege - 1990 (1987) - Tokyo Anal Dynamite


Kingzbokser (23 kwietnia 2009)

2010-05-16 19:55:32

090414063135kickboxer.jpg

 

Czujecie scenę? Wielka świątynia. Ewidentnie zrobiona z dykty, muzyka a'la bardziej żenujące momenty Jethro Tull... Mrok i zmrok. Stoi JC van Damme w barchanach i jego mało klimatyczny mistrz też w barchanach. Mistrz trzyma kija, a JC kija kopie. Potem zmiana klimatu. JC katuje drzewo golenią. Bezlitośnie dosyć. Dla goleni znaczy. Mistrz mówi: "Take the tree". A JC, że słabo. Mistrz zatem każe mu zabrać torbę i wypierdalać. To mobilizuje JC. Mistrz mówi też coś o bracie JC, żeby w JC wzbudzić tzw. sportową agresję. JC wygrywa z drzewem, co jest bodaj największym triumfem w jego karierze. Wszystko to w tle z obrazkiem przedstawiającym Tong Po, mistrza muay thai z nałapnymi bandażami maczanymi w szklanym kruszu i powiekami a'la Paris Hilton. Bandziorskiego uroku Tong Po nie przebił - mimo obiegowej opinii - nawet ruchomy biust Bolo Younga z Bloodsportu. Ale Bloodport to już Hońkoń, więc na innego posta.

 

181.jpg

 

Tak, Tajlandia. Inaczej Syjam. Królestwo. Królestwo muay thai, ladybojów, mleka kokosowego i mleka shemale'owego. Dla każdego coś miłego. I trawki, ale niestety cytrynowej. Tajlandia to kraj cywilizowany, z bardzo małym jak na warunki w regionie odsetkiem analfabetów i z bardzo rozwiniętym kultem dokumentu, czy księgi jako obiektu sekularystycznego szacunku. Po polsku: jak położysz książkę na ziemi albo posuniesz ją po blacie stołu, dostaniesz wpierdol. Tajowie szanują też ryż. Do tego stopnia, że są jego największym eksporterem, a jeden mały pucybut z Bangkoku wpierdala go średnie 100 kilo rocznie.

 

adialaundry-service-named-porn.jpg

 

Tajlandia to też wielowiekowa tradycja muzyczna, ustabilizowana około 800 lat temu i stanowiąca konglomerat muzycznych tradycji południowej Azji. Relatywizujemy geograficznie: Chiny, Indie, Laos... Czyli jak się domyślacie, jest to pomieszanie z poplątaniem. Zaczęło się od muzyki khmerskiej, która tylko w Tajlandii przetrwała w niezmienionej formie do dziś. Podstawą jest tu dosyć wolne podejście to kwestii sekcji rytmicznej. Małe, trzymane w małych tajskich łapkach talerze zwane ching, albo i w przypadku owych niedostatku zwykłe kije, służą do "zaznaczania podstawowej warstwy rytmicznej". Czyli: jak się jakiś solista wkurzy, zlewa kompletnie podstawowy rytm i napierdala byle głośniej, bo jak głośny to ważny, a to działa na panienki i ladyboyów. Struktura utworu tymczasem idzie w diabły jak u - nie przymierzając - Ornette'a Colemana przy zatwardzeniu. Gdzieś to niby bliskie gamelanom i innym gongopodobnym skośnym opcjom, ale z pewnym przymrużeniem oka.

 

bangkok.jpg

 

Tajlandia dysponuje także całkiem dużą sceną indie-rockową. Znając życie - pewnie lepszą niż nasza. Do pierwszej ligi tajskiego indie należą: Clash (ciekawe, czy wokalista owego robi się na Strummera), Big Ass, Modern Dogs (ponoć tajska odpowiedź na Oasis), Body Slam i Silly Fools. Popularnością w latach 90 cieszył się tu także bubblegum pop. Szerszego researchu robił nie będę, powiem tylko, że moimi prywatnymi faworytami jest zespół Potato, który ma całkiem poważne szanse, by przy odrobinie promocji stać się nowym Tokio Hotel. Wszak Kaulitz też ladyboy. Poza tym... Naród, który jest tak chytry, że oszuka tygrysa, że świnia jest jego pomiotem prawdopodobnie mógłby podbić cały świat. Gdyby tylko nie ociężałość i zaparcie po ryżu.

 

tigerandpiglets1zb5.jpg

 

Various - Musical Atlas, Thailand

Komentarzy: 0 Nie dodano tagów

O Żydłaku, co szkockim bucem został (15 kwietnia 2009)

2010-05-16 19:50:50

imag16743.jpg

 

Czyli o C.O.B. będzie. A to znaczy, że będzie pięknie, folkowo i w ogóle się pewnie Rzwiru ucieszy. Choć pewnie nie, bo już to zna. Tym razem fakty ferst, jebanie potem. Dwudniowym potem. Kojarzycie Incredible Sting Band? To tacy buracy co śpiewali o minotaurach i gąsienicach, pamiętacie? Albo Clive'a Palmera? Zresztą nieważne. Skrót C.O.B. oznacza Clive's Original Band i siłą rzeczy płytkę nagrał Palmer ze swoimi kumplami. Powszechnie uważa się ją za jedno ze szczytowych osiągnięć acid-folku. Spuszczał się przy niej Malkmus, spuszczał się Tibet. Tibet do tego stopnia nawet, że skowerował Solomon's Song na epce Seven Seals.
No, ale co tu w sumie niby takie fajne? Ano to, że goście zupełnie uczciwie osiągają tu jakiś quasi krucjatow-judaistyczno-szkocki nastrój religijny. A że wszystko jest w sumie dowcipem, nawiązującym do mieszanego, żydowsko-szkockiego pochodzenia jednego z muzyków, to ideologicznie mi się podoba. Poza tym jest lirycznie, magicznie, a panowie gonią na instrumencie zwącym się dulcitar, czyli jakimś pojechanym połączeniu cymbałów i sitaru. Grubo jest czyli. Aranżacje fajnie udają bliskowschodnie. Fajnie = nie tak, żeby sie ktokolwiek nabrał. A struktura utworów oczywiście Wyspiarska. Wypadałoby by taką była, skoro album ten się uważa się za najlepszy acid-folkowy album, jaki kiedykolwiek wydał jakikolwiek brytyjski zespół.
Zresztą jak ja mówię, że coś jest grube, to na 99% jest. Indżoj.

cob.jpg



Komentarzy: 0 Nie dodano tagów

Fakty

2010-05-16 19:23:11

piesio z faktu.jpg

 

hpim83586fc.jpg

fakt_07.jpg

 

fakt_5.jpg

 

fakt09.jpg

 

fakt7.jpg

 

fakt6.jpg

 

fakt5.jpg

 

fakt4.jpg

 

f_fakt2m_3b4020e.jpg

 

fakt2.jpg

 

fakt3.jpg

 

a teraz punchline:

 

fakt04.jpg

 

Komentarzy: 0 Nie dodano tagów

Ondiolino moja miła, tyś pomysłem głupim była... #2 (27 marca 2009)

2010-05-14 18:24:19

JJPBerlinHeadBW.jpg


Czyli znów Jean-Jacques Perrey, tym razem troszkę późniejsze werki. Rozpisywać się nie będę, co trza macie TUTAJ. Indżoj.

 

1Spotlight-Jan-07.jpg

 

Perrey, Jean Jacques - Moog Sensations (2001) & The Amazing New Electronic Pop Sound of Jean Jacques Perrey (1968)

Perrey, Jean Jacques & Kingsley, Gershon - 1967 - Kaleidoscopic Vibrations

 

4178.jpg

Komentarzy: 0 Nie dodano tagów

Kto tam grzebie w śmietniku # 5, menel to, czy redneck? (4 marca 2009)

2010-05-14 18:12:30

hillbilly-jim-interview-2007012204110436

 

Chamem jestem. A więc i muzyki chamskiej słucham czasem. A jakaż muzyka jest bardziej chamska, niźli pochodne country? Nie dosyć, że tworzący ją grajkowie z Texasu i tym podobnych w ramach hobby zajmują się głównie kazirodztwem (serio - jak wiadomo 45% ludności amerykańskiego południa pochodzi ze związków kazirodczych), to w dodatku fanem country i okolic jest największy owego kazirodztwa dowód, czyli George W. Bush. Teraz już mogę to powiedzieć oficjalnie, bo wszak już nie obrażam głowy jakiegoś państwa. Co myślę o Obamie, powiem za 4 lata z hakiem, przy okazji kolejnego posta o wadach czarnoludów. Póki co jednakże wracamy do country. Właściwie do bluegrassu. Choć z bluegrassem ten jest problem, że od country on się rózni znacznie. Podstawowe różnice: nie ma jednego prowadzącego motywu/instrumentu - miast tego kolejni muzycy po kolei prezentują swoje niebywałe umiejętności - coś jak w bluesie czy jazzie chciałoby się powiedzieć. Kolejna sprawa to dysonanse w chórkach, wśród których na czoło wychodzi zwykle ten najwyższy/najlepiej jodłujący. Dalej: bluegrass melodycznie najbliżej ma do szkockiej piosenki folkowej, bo to uchodźcy ze Szkocji zaszyci w Apallachach bluegrass wymyślili. Zaznaczam - uchodźcy, czyli jak to zwykle bywa w USA, mordercy, złodzieje, pijacy, gwałciciele, religijni pojebańcy etc... Jaki sort ludzi stał za powstaniem najpotężniejszego mocarstwa świata wiadomo nie od dziś.
Poniższa składaneczka została wydana przez Smithsonian Folkaways, więc nie w kij pierdział jest. Jeśli chcecie się przenieść do wspaniałej krainy, gdzie wszystko jest tak, jak przykazał chrześcijański bóg, czyli tatuś bije mamusię, a córeczkę dotyka między nóżkami swoim psisiorem, brat współżyje z owcą, ortodonci i psychologowie dziecięcy dostają masowo wylewów krwi do mózgu, gdzie pachnie siano i szambo, to ta składanka jest właśnie dla Was. Indżoj. A, polecam szczególnie bardzo fajną wersję bardzo wszak znanego kawałka Wayfaring Stranger.





« wróć 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 czytaj dalej »